27 marca 2017

Czy męskość wciąż równa się długość?


Jak dotąd bezsprzecznym synonimem męskości była... długość. W cenie były też muskuły i obowiązkowo kaloryfer na brzuchu. I może jeszcze testosteron używany zamiast perfum i dobry bajer. A może coś się w tej kwestii zmieniło? Co dla dzisiejszych kobiet jest synonimem męskości?


Długość kontra jakość

Zacznę może z grubej rury: długość nie zawsze idzie w parze z jakością, a zdecydowanie na to drugie zaczynają stawiać współczesne kobiety. Po wielkim sukcesie powieści erotycznych, kobiety skonfigurowały swoje oczekiwania względem mężczyzn w sytuacjach sypialnianych. Zdecydowanie nie chcemy już byle jakiego seksu, szybkiego - czyt. "szybko, szybko bo zaraz dziecko...." - byle jakiego, z którego nie wynosimy ani przyjemności ani poczucia bliskości. Męskość w sypialni jakiej oczekujemy, to wyrozumiałość partnera dla naszych fantazji ale i obaw, dla sympatii i antypatii w kwestii gadżetów, zachowań czy wybujałych pozycji z Kamasutry, Dziś liczymy na to, że męskość w sypialni będzie objawiać się tym, że partner będzie chciał zadbać w równym stopniu o nasze zadowolenie, co o swoje.

Pan złota rączka

Krąży po internecie taki obrazek, na którym umięśniony i przystojny facet przybija coś do sufitu, a obok siedzi wpatrzona w niego kobieta. Podpis pod tym obrazkiem mówi: "Nie wiem co on naprawia, ale chcę żeby i u mnie się zepsuło". Cóż, do tej pory niezbitym dowodem męskości były tzw. umiejętności 'złotej rączki'. Męski facet potrafił przybić gwóźdź, wywiercić dziurę w ścianie, wymienić żarówkę czy naprawić cieknący kran. Dziś, do każdej z tych rzeczy możemy wezwać fachowca, bo bardziej zależy nam, by nasz mężczyzna poradził sobie z innymi pracami domowymi. By potrafił wstawić zmywarkę, wstawić pranie (dzieląc wcześniej na kolorowe i białe), by sam umiał uprasować sobie koszule, by odgrzał obiad dzieciom i by nie wpadał w panikę, gdy wyślemy go do drogerii po podpaski.

Męskość jako równouprawnienie

Nasze mamy i babcie przekazały nam system patriarchalny jako jedyny właściwy schemat współżycia w rodzinie. Mężczyzna zajmował się zarabianiem na dom, przybijaniem gwoździ i wpajaniem zasad, natomiast kobieta przejmowała wszelkie obowiązki domowe (w tym uszczęśliwianie pana domu) na swoje barki. Na szczęście mamy dwudziesty pierwszy wiek, gdzie męskość faceta powinna być okazywana przez szacunek i docenienie wkładu drugiej połowy w życie domowe - zamiast osławionego "Siedzisz w domu, mogłaś zrobić...." - oraz godne znoszenie sytuacji, w której to kobieta pnie się po szczeblach kariery. Dzisiejsze kobiety oczekują tego, że ich partner będzie potrafił tak samo utrzymać rodzinę i dom, jak tego, że pozwoli żonie wykazać się zawodowo, jeśli taka zastanie ich rzeczywistość. 

Emocjonalny równa się niemęski?

Do tej pory męski facet to był ten, który aż do bólu ociekał testosteronem. Mało tego, nadal gdzieś funkcjonuje w społecznym myśleniu pogląd, że takiego właśnie faceta kobiety szukają. Na kochanka - może tak, na ojca dla ich dzieci i partnera do życia - niekoniecznie. Męskość, której szukamy na lata nie opiera się na wyprężonych muskułach, bo dużo cenniejsza będzie umiejętność okazywania uczuć i emocji. Nic tak nie rozczula kobiety (a przy tym jest jednocześnie męskie do potęgi 'entej') jak mężczyzna tulący swoje nowo narodzone dziecko. Nic nie jest tak męskie jak emocjonalny ojciec, który cieszy się z pierwszych kroków dziecka, krzyczy radośnie gdy pociecha pojedzie pierwszy raz na rowerze, który prowadzi za rękę przez życie bawiąc i ucząc. Nic nie jest równie męskie, jak umiejętność okazywania uczuć.


A Wy, jak odbieracie dzisiejszą męskość otaczających Was facetów? Czy nadal liczy się długość, czy może jednak jakość? Co współcześni mężczyźni mają do zaoferowania?

Pozdrawiam!

Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

23 marca 2017

Jestem leniwą matką i czasem nie chce mi się zajmować dzieckiem!


Jeśli jakaś matka wmawia Wam, że każdy dzień w życiu jej dziecka wypełniony jest kreatywnymi zajęciami, zabawami i że poświęca się temu w stu procentach i z radością - nie wierzcie. Każdy człowiek potrzebuje chwili wytchnienia i dlatego wyręcza się jak może, choć za nic w świecie się do tego nie przyzna.


Wyręczanie dzieci

Taka już przypadłość matek, że raz wpadłszy w tryb opieki nad niemowlakiem, powielają potem pewne zachowania przy starszych dzieciach. Takie trzy, cztero, pięciolatki są ubierane - mamy wybierają i zakładają spodnie, koszulki, upinają kurtki, naciągają czapki. Mamy pilnują też pór karmienia - spędzając długie godziny na robieniu zdrowych obiadków czy przekąsek. Następnie mamy przede wszystkim pilnują dzieci -  tu nie wchodź bo spadniesz, tego nie bierz bo się ubrudzisz, tego nie dotykaj bo zrobisz sobie krzywdę, i tym podobne. Dzieci za grosz nie mają szansy się usamodzielnić, a nadopiekuńcza mama odpocząć.

Szczęśliwe dziecko to najedzone dziecko

Wiadomo, że najlepiej by było gdyby nasze dzieci jadły tylko zdrowe, nieprzetworzone produkty w formie obiadków przygotowanych przez mamy. Ale nie oszukujmy się; nie zawsze mamy czas, chęci albo wenę na gotowanie wymyślnych obiadów. Moje dziecko w ciągu dnia po haśle "Am!" drepcze do lodówki po kiełbaskę lub kabanosa, za którymi przepada. A kiedy nie mam weny (albo siły, jak ostatnio) na gotowanie obiadów, moja trzylatka zajada się ze mną pizzą. Możecie próbować mnie zlinczować, ale wcale się nie przejmę. Będą takie dni, kiedy zamiast zupy na rosole albo kawałka mięsa, zabiorę dziecko do Maka na frytki.

Zapełniacze czasu

Przyznaję się bez bicia, że im moje dziecko jest starsze i wymaga ode mnie coraz to większego zaangażowania w swoje zabawy, tym większy leń się we mnie budzi. ;) Owszem, czasem spędzamy długie minuty na układaniu puzzli czy bawieniu się domkiem i jego mieszkańcami. Przychodzi jednak czasem taka chwila gdy chciałabym obejrzeć program, przejrzeć fejsika, czy napisać notkę na bloga, bo akurat mam wenę. I niestety rzadko kiedy akurat moja córka ma wenę na to, by się sobą zająć - a potrafi 15-20 minut bawić się samodzielnie - dlatego najzwyczajniej w świecie odpalam jej bajkę. Możecie mnie krytykować, bo mimo że wiem iż telewizja dzieciom nie służy, to świadomie czasem na to pozwalam. No patologia, nie matka.   

Jestem leniwa i dobrze mi z tym

Uwielbiam spać, zwłaszcza teraz na końcówce drugiej ciąży, dlatego zdarza się że budzę się w sobotę po godzinie 9 i widzę jak moja córka siedzi i ogląda bajki na moim telefonie. Nie muszę się rozglądać za mężem, bo zwykle leży obok i smacznie chrapie. Wniosek? Oboje jesteśmy tak leniwi, że wolimy pospać zamiast od bladego świtu organizować dziecku czas i zabawy. Albo po prostu oboje jesteśmy tylko ludźmi, którzy mają lepsze i gorsze dni, są bardziej lub (zdecydowanie częściej) mniej wypoczęci i doskonale wiedzą, że pokłady miłości i czas, który poświęcają dziecku jest w zupełności wystarczający. Mało tego, patrząc jak moja 3 latka cieszy się, kiedy sama włączy sobie bajkę albo pójdzie do kuchni i wyciągnie z lodówki przysmak, a potem wraca i demonstruje swoją 'zdobycz' wiem, że ta samodzielność - albo samowystarczalność - na którą przez swoje lenistwo się zgadzam, wcale nie jest dla niej tak niekorzystna jakby się mogło wydawać.


Pozdrawiam!

Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

17 marca 2017

Mama kontra tata, czyli z kim się lepiej bawić?


Będąc rodzicami roczniaka czy kilkulatka na pewno zauważyliście już, że każde z Was bawi się z dzieckiem nieco inaczej. Zabawy z Mamą są zwykle spokojne i wyważone, natomiast z Tatą dziecko bawi się aktywnie. Czy któreś z Was jest więc lepszym kompanem do wspólnego spędzania czasu?


Mama - synonim cierpliwości

Pisząc, że mamy bawią się z dziećmi 'spokojnie' powinnam użyć raczej słowa 'stacjonarnie'. :) Pomijając mój obecny stan (38 tydzień ciąży), który bardzo ogranicza mnie ruchowo, bawiąc się z Córką wybieram raczej zabawy manualne i zdecydowanie nie wymagające zbytniej aktywności. W co Mama bawi się z Córką? Układamy puzzle - to fajna zabawa, zwłaszcza z perspektywy dziecka, które cieszy się za każdym razem gdy uda mu się ułożyć obrazek. Bawimy się jak to dziewczyny - gotujemy obiady na plastikowej kuchence albo bawimy się domkiem, w którym mieszkają smerfy (które Córka sobie obecnie upodobała). Podobnie jak upodobała sobie również układanie klocków czy zabawę autami lub pociągiem. Ale nie myślcie sobie, że każde z tych zajęć trwa po kilka minut - mama jako synonim cierpliwości bawi się z dzieckiem nawet przez godzinę czy dwie.

Tata - szalony kumpel

Mój Mąż zdecydowanie nie ma cierpliwości, zwłaszcza kiedy podczas wyciskania ciastoliny albo wizytacji smerfów w domku nie bardzo rozumie jakich zachowań oczekuje od niego Córka. Jest za to idealnym kompanem do wszelkich szalonych i wywrotowych zabaw. Jak się bawi Tata z Córką? Czasem, gdy siedzę w wannie i dochodzą mnie dźwięki z zewnątrz zastanawiam się, jaki widok zastanę po wyjściu z łazienki. Ganiają się po mieszkaniu albo grają w piłkę (!), są wiry i świdry i podskoki i podrzucanie pod sufit - wielbione przez Córkę, okupione niemal zawałem przez teściową - przepychanki i boksowanie (a co, myśleliście że tylko chłopcy tak się bawią?) i zabawa w chowanego, gdy najlepszym miejscem do schowania jest szafa. Innymi słowy, z tatą zabawa równa się (nad)aktywność. :)

Zabawy z dziećmi to nuda?

Dzisiejsi zapracowani rodzice często próbują wynagrodzić dzieciom swoją nieobecność lub brak wystarczającego zaangażowania w zabawie, która najzwyczajniej ich nudzi. Jak to robią? Zwykle poprzez...kupowanie zabawek właśnie. Kupujemy dzieciom coraz bardziej wymyślne zestawy klocków, licząc że poziom 'skomplikowania' sprawi, że nasza pociecha zajmie się tym chwilę dłużej niż zwykle, a my będziemy mieli czas na inne obowiązki lub na chwilę oddechu po pracy. Kupujemy 'udziwnione' lalki - jeżdżące na wrotkach, puszczające bańki, z opcją farbowania włosów trochę dlatego, że brakuje nam cierpliwości i spontaniczności by dać się wciągnąć w zabawę, którą kieruje nasz maluch licząc po cichu, że kreatywna zabawka to wystarczające zastępstwo. W końcu decydujemy się na kupno zabawek edukacyjnych, wychodząc z założenia, że skoro już musimy poświęcać czas na zabawę, to warto by przyniosła dziecku jakieś wymierne korzyści.

Złoty środek

Co więc jest dla dziecka najlepsze? 'Małpie harce' czy zabawa w 'dom'? Patrząc na swoje dziecko powiedziałabym, że jedno i drugie, o ile jako rodzice poświęcamy tym zajęciom sto procent swojej uwagi. Nie pytajcie skąd wiem, bo odpowiem, że po prostu to czuję i widzę. Gdy poświęcam się zabawie w całości, nie zerkając co chwila na telefon czy w telewizor, moja Córka to docenia. Reaguje radośnie na moje zaangażowanie i poświęcaną jej uwagę. Podobnie jest z wygłupami, które wyczyniają z tatą - nie ma znaczenia, czy robią to dziesięć minut, czy godzinę - Córka jest roześmiana i zawsze domaga się więcej. Co my z tego mamy, jako rodzice? Poza budowaniem więzi z dzieckiem, mamy szansę obserwować jego reakcje na różne sytuacje i przede wszystkim przekazanie wartości i zasad dla nas istotnych. W końcu nie ma dla dziecka lepszej nauki, niż podpatrywanie rodziców w codziennych zachowaniach, czyż nie? 


A Wy, jak bawicie się ze swoimi dziećmi? Czy zdarza Wam się wyręczać przy pomocy kreatywnych zabawek lub gadżetów?


Pozdrawiam!




Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

13 marca 2017

Nie chcę gości na porodówce!


Pojawienie się dziecka jest niesamowitym przeżyciem zarówno dla rodziców jak również ich najbliższych, którzy chcą jak najwcześniej poznać nowego członka rodziny. Czy jednak wizyty na porodówce są tym, czego potrzebują świeżo upieczone mamy?


To się więcej nie powtórzy

Pierwsze chwile z noworodkiem to wyjątkowe momenty dla każdego z rodziców, dlatego powinny być celebrowane zdecydowanie w okrojonym gronie. Czas, w którym tworzy się prawdziwa bliskość między rodzicami, a dzieckiem; pierwsze karmienie, pierwsze przewijanie, pierwsze kroki w tworzeniu relacji rodzic-dziecko. Mało tego, pierwsze (troszkę nieudolne) kroki w rodzicielstwie to coś, do czego chętnie się wraca pamięcią, gdy dziecko podrośnie. Do dziś mój mąż z rozrzewnieniem wspomina jak przecinał pępowinę po porodzie córki, czy jak przy pierwszej zmianie pieluszki został obsiusiany. I wielu przyszłych rodziców początkowo sądzi, że po porodzie będą chcieli wykrzyczeć całemu światu swoją radość, a jak się później okazuje zdecydowana większość woli zachować te chwile dla siebie.

Oddział to nie wczasy

Przyszli rodzice, jak i ich potencjalni goście, powinni zdawać sobie sprawę, że porodówka to nie kurort ani wczasy, nawet jeśli młoda mama zostanie ulokowana na sali tylko z jedną współlokatorką. Warto pamiętać, że przede wszystkim pierwsze dni to czas, gdy ciało kobiety musi się nieco zregenerować po porodzie. Szalejące wciąż hormony powodujące spadki nastroju, wietrzenie krwawiącego wciąż krocza (zalecane przez położne), obolałe ciało czy pierwsze próby przystawienia dziecka do piersi to rzeczy, z którymi młoda mama mierzy się jeszcze w szpitalu. Przebrnięcie przez ten etap może być trudne, gdy co chwilę mamy gości. Dodatkowo, jeśli kobieta miała długi i trudny poród lub jeśli noworodek jest nerwowy i często płacze, młoda mama marzy głównie o tym by odpocząć, więc przydatniejszy będzie jeden pomocnik, który da jej tę możliwość przejmując opiekę nad noworodkiem. 

Porodówkowy savoir-vivre

Należy pamiętać, że jeśli nie mamy tego szczęścia by przebywać w sali jednoosobowej, powinniśmy liczyć się z odczuciami innych osób. Jeśli nie potrafimy lub nie chcemy odmawiać rodzinie, powinniśmy zachować umiar w liczbie gości (przebywających na raz) oraz ograniczyć czas ich przebywania na sali. Mówię o tym z doświadczenia, ponieważ o ile ja po pierwszym porodzie ograniczyłam się wyłącznie do obecności męża, o tyle u mojej współlokatorki (której dziecko prawie nie przestawało płakać) przebywało przez cały dzień od 4 do 6 osób. Warto również wziąć pod uwagę, że o ile ze względu na powyższe poporodowe obstrukcje, nawet jeśli nie przeszkadza nam obecność członków naszej rodziny, może być ona krępująca dla drugiej mamy (przykładowo, gdy twoi bracia nawet nie próbują się odwrócić, gdy twoja współlokatorka próbuje nakarmić dziecko). O kwestiach takich jak kwiaty i prezenty, głośne rozmowy i wiecznie dzwoniące komórki nie muszę chyba wspominać?

To ty decydujesz

Ponieważ przede mną drugi poród, po raz kolejny zapowiedziałam rodzinie, że jedyną wizytującą mnie osobą będzie mąż. Jedni podeszli do tego z większym, a inni (czyt. moja mama) z mniejszym zrozumieniem. I spodziewam się, że jeśli za chwilę rodzicie, to niektóre z Was na pewno będą mogły liczyć na kilka dni spokoju, zaś inne (tak jak ja) mogą spodziewać się gości przebierających nogami na wycieraczce jeszcze nim zdążą wrócić z maluchem ze szpitala. Niezależnie od tego, czy jakakolwiek argumentacja przemówi do twoich potencjalnych gości pamiętaj, że masz prawo odmówić im wizyt na porodówce, a oni muszą twoją decyzję uszanować. 


A jakie są Wasze doświadczenia z porodówki? Przyjmowałyście gości czy raczej zdecydowałyście się na obecność tylko jednej bliskiej osoby? A może wszystko jeszcze przed Wami?


Pozdrawiam!





Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

10 marca 2017

Podwórko kiedyś i dziś, czyli jak my to właściwie przeżyliśmy?


Osiedlowe podwórka sprzed piętnastu, dwudziestu lat tętniły życiem. Pełnie rozkrzyczanych małolatów rozbiegających się we wszystkie strony w niczym nie przypominają dzisiejszych opustoszałych placów zabaw. Czym się różnią? Czy dawne podwórka miały dzieciom coś więcej do zaoferowania?


Na podwórku toczyło się życie

Gdybyście sięgnęli pamięcią wstecz i przypomnieli sobie dzieci biegające po podwórku sprzed piętnastu czy dwudziestu lat doszlibyście zapewne do kilku oczywistych wniosków. My, dzisiejsi trzydziestolatkowie, byliśmy wychowywani zdecydowanie niepodręcznikowo, zdecydowanie niesterylnie. Uczyliśmy się jeździć na rowerze co i rusz lądując w krzakach i nikt nie wspominał o kasku czy ochraniaczach. Wchodziliśmy (i spadaliśmy) na drzewa, kopaliśmy gołymi rękami w piasku, do którego czasem robiły piwniczne koty i nikt nie panikował, że skończymy z wścieklizną. Do zabawy wystarczyło nam własne towarzystwo, ewentualnie patyki, kubki po lodach czy inne proste zabawki. Podwórko żyło naszą obecnością, krzykami radości, a do zabawy najlepsza była wyobraźnia. 

Dzieci były samodzielne

Dzieci lat 90 (te które znam) nie miały niań i opiekunek. Opiekowało się nami podwórko albo opiekowaliśmy się sami sobą. Zostawałam z młodszym bratem i nikt wtedy nie pomyślał, że mogłabym puścić chałupę z dymem, czy że któreś z nas się uszkodzi. Nie było dywagacji nad zagrożeniami czyhającymi na dzieci w domu lub poza nim. Dzieci samodzielnie (jak ja) wędrowały do przedszkola nie martwiąc się, że na ulicy potrąci je samochód, czy zostaną porwane dla okupu. I choć dwa razy zaliczyłam zerówkę (do dziś nie wiem czemu), nie poddawano w wątpliwość mojego rozwoju czy poziomu intelektualnego. Byliśmy dziećmi "z kluczem na szyi" i gdy wracaliśmy ze szkoły a rodziców nie było w domu, zostawaliśmy sami albo szliśmy do zaprzyjaźnionej sąsiadki  i nikt nie sugerował, że rodzice zaniedbują nas zdając na łaskę obcych ludzi. 

Dziś podwórko to nuda 

Dzisiejsze place zabaw są nowoczesne, odmalowane i maksymalnie bezpieczne. Mają gumową ściółkę, na której dzieci nie zetrą kolan i siatki zabezpieczające przed upadkiem, Są też wyposażone w najlepszych asekurantów pod słońcem w postaci mamuś, które swoich dzieci nie spuszczają z oczu nawet na chwilę. Chronią je przed upadkiem, pomagają się wspinać, próbują zintegrować swoje pociechy z pozostałymi dziećmi. Ale i dzieci na placu zabaw są dzisiaj inne: ledwo kroczące niemowlaki obstawione dookoła kolorowymi i atrakcyjnymi zabawkami - a nad nimi matki z mokrymi chusteczkami w pogotowiu albo przedszkolaki nadzorowane przez rodziców z pozycji ławeczek. Nie uraczysz już hałaśliwych dziesięciolatków wolących siedzieć przed tabletami czy konsolami, które nie używają już wyobraźni, bo wszystko mają podane na tacy.

Jak my to przeżyliśmy

Patrząc wstecz, powinniśmy się zastanawiać, jakim cudem w ogóle przeżyliśmy. Wychowało nas podwórko, na rany wystarczyła woda utleniona i plaster i nikt nie jechał do szpitala z poparzonymi od czajnika palcami czy rozbitą na huśtawce głową. A mimo to, my sami jesteśmy rodzicami nadopiekuńczymi. Z jednej strony nie możemy się doczekać kolejnych przejawów samodzielności naszych dzieci, z drugiej zaś próbujemy je we wszystkim wyręczać lub nadzorować. Asekurujemy przed upadkiem z huśtawki, dezynfekujemy upiaszczone dłonie nim odruchowo trafią do buzi, otaczamy je płaszczem ochronnym, który ma je zabezpieczyć przed złem tego świata. Jednak realia się zmieniły, świat stał się bardzo nieprzystępny i agresywny - dzieci są atakowane przez treści płynące z telewizji, zaszczute przez nietolerancję rówieśników, a ich poczucie bezpieczeństwa również nie może się równać z tym sprzed dekady czy dwóch. Czy więc dalibyśmy radę wychować w dzisiejszych czasach nasze dzieci tak, jak sami byliśmy wychowywani? Obawiam się, że nie.


Czy podwórka lat dziewięćdziesiątych pozostaną tylko wspomnieniem? Czy w dzisiejszym świecie wystarczy wyłącznie odpowiednia dawka zaufania względem dziecka? Jakie jest Wasze zdanie?


Pozdrawiam!






Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

6 marca 2017

Bez retuszu ani rusz, czyli o tym jak zdominowała nas chęć bycia pięknymi.


Zdecydowana większość kobiet w swoim życiu prowadzi odwieczną walkę, w której polem bitwy jest ich własne ciało, a stawką akceptacja ze strony otoczenia i dołączenie do grona pięknych i podziwianych. Jednak czy to jest właściwe 'piękno' o które warto walczyć?


Rzeczywistość telewizyjna

Widzisz ją w telewizji; dwa tygodnie po porodzie paraduje po czerwonym dywanie w sukience, której bardziej nie ma niż jest. Ma szczupły brzuch, cycki na swoim miejscu i nic jej nigdzie nie zwisa. I słuchasz jak opowiada przed kamerą, że ta figura to od tak sobie albo że poród to nic wielkiego, zdążyła urodzić między nagraniem a wywiadem i w sumie nie przytyła prawie wcale. Wybałuszasz oczy, gdy mówi, że jej idealne, przesypiające noce dziecko pozwoliło jej wrócić do pracy po dwóch tygodniach i spędzać tam po 12 godzin dziennie. Oglądasz dalej i widzisz jak w reklamach telewizyjnych kremy dla kobiet 50+ reklamują ledwie trzydziestolatki, a stroje sportowe czy odżywki polecają ci anorektyczki. I nikt głośno nie wspomina o operacjach plastycznych, choć kliniki medycyny estetycznej wyrastają jedna za drugą.

Rzeczywistość fizjologiczna

A kiedy wyłączysz telewizor i spojrzysz na siebie w lustrze, następuje zderzenie dwóch światów: tego idealnego z telewizji, pełnego retuszu i photoshopa oraz tego prawdziwego, w którym nikt nie jest idealny i bez wad. I nie ma znaczenia, czy jesteś nastolatką, studentką, kobietą po porodzie czy przed, kiedy patrzysz na siebie od razu to widzisz: tu i ówdzie jakieś piegi, włosy nie w tym kolorze co trzeba, cellulit na udach, jakieś rozstępy, biust o wiele za mały i jeszcze parę nadprogramowych kilogramów. I chociaż coraz głośniej trąbią dookoła, że naturalność jest w cenie i grunt to polubić siebie, Ty czujesz głównie niezadowolenie i złość oraz ten niepisany przymus, by jak najszybciej się zmienić.

Właściwy tok myślenia

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, polubić siebie to nie to samo co zaakceptować. Do akceptacji kobiety dojrzewają latami, zostawiając hektolitry potu na siłowniach, męcząc się na dietach, wydając fortunę w salonach kosmetycznych i u chirurga plastycznego. I choć z jednej strony krzyczą "Mam dość przymusu bycia ładną, chcę być sobą!" to wciąż tkwią w niewoli kompleksów; życzliwe koleżanki doradzają nam, że parę kilogramów mniej przyciągnie do nas upragnionego faceta i nawet te panie, które nie mają sobie nic do zarzucenia, zawsze znajdą w sobie coś, co chciałyby poprawić. To właśnie pozwala mi twierdzić, że kobietom wciąż bardziej zależy na zachwycie ze strony otoczenia niż na własnym dobrym samopoczuciu. 

Prawdy objawione

Ponieważ sama mam córkę, a do tego zaliczam się do grona kobiet, które znajdą u siebie to i owo do poprawki jestem przekonana, że takie rzeczy jak poczucie własnej wartości, dystans do siebie czy podejście do szeroko rozumianego 'piękna' powinno być przekazywane z pokolenia na pokolenie w formie kilku prawd objawionych. Pierwszą prawdą objawioną jest fakt, że mężczyźni (w przeważającej większości) romansują z idealnymi kobietami, ale na lata wiążą się z tymi, które mają do zaoferowania coś więcej, niż tylko wygląd zewnętrzny. Drugą prawdą jest świadomość, że uroda kiedyś przeminie i choć dbanie o powierzchowność jest jak najbardziej wskazane, to nie powinno nas zdominować. Trzecią prawdą jest to, że bycie pięknym nie opiera się wyłącznie na wyglądzie, a kobiecość to nie są wyłącznie bujne kształty i odpowiednie wymiary; piękni ludzie to ci, których towarzystwa się łaknie niezależnie od tego jak wyglądają. I ostatnia prawda objawiona jest taka, że choćbyś była miss, zawsze znajdzie się ktoś, kto dostrzeże w Tobie jakieś mankamenty. Czy nie lepiej byłoby więc sugerować się opinią tylko jednej osoby czyli siebie samej?


A Ty? Gonisz za pięknem zewnętrznym? A może raczej nie masz problemu z pewnością siebie?

Pozdrawiam!



Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

2 marca 2017

Kobieta kobiecie wilkiem. Czy warto dzielić się wątpliwościami na forach internetowych?


Dzisiejsze kobiety wciąż chętnie dzielą się i analizują swoje problemy z innymi, wykorzystując do tego bardzo często grupy wsparcia czy fora internetowe. Próbując jednak rozwiać swoje wątpliwości w ten sposób nie mają pojęcia, że wchodząc na takie forum zaglądają wprost w paszczę lwa i to na własną odpowiedzialność.



Wizyta na forum może się skończyć nerwicą

Kobiety, postępując w zgodzie ze swoją naturą, chętnie dzielą się z innymi pomysłami czy dobrymi radami i zapewne dlatego tak chętnie zaglądają do grup wsparcia czy na fora internetowe, gdy borykają się z problemami w związku, chcą odczarować widmo porodu albo próbują rozszerzyć dietę niemowlaka. Przy każdej takiej wizycie oczekują też, że spotkają się ze zrozumieniem i wsparciem. Niestety, dzisiejsze fora internetowe zamiast kopalni pomysłów i opinii ociekają głównie jadem i złością. Mimo tego wiele kobiet ryzykuje wejście na fora nie zdając sobie sprawy, że zamiast pomocy mogą się nabawić jedynie choroby nerwowej.

Cokolwiek nie robisz, robisz to źle

Niezależnie na jakie forum wejdziesz i o co nie zapytasz, w pierwszej kolejności dowiesz się, że na pewno robisz to źle. Nie idzie ci w małżeństwie i flirtujesz z kolegą z pracy - jesteś do kitu. Podejrzewasz albo przyłapałaś męża na zdradzie - to na bank twoja wina. Nie chodzisz do szkoły rodzenia - brak ci elementarnej wiedzy i z niemowlakiem sobie nie poradzisz. Co ciekawe, w czasach gdy dążymy do niezależności, a słowo 'indywidualność' jest bardziej wyświechtane niż moje najstarsze jeansy, każda opinia różna od tych ogólnie przyjętych i najbardziej powszechnych wywołuje falę hejtu. Dlatego zadając pytanie na forum lub co gorsza przyznając się do postępowania innego niż ogólnie przyjęte możesz być pewna, że jesteś na straconej pozycji.

Matki na forach to mistrzynie hejtu

Rzecz, która niewątpliwie rzuca się w oczy gdy odwiedza się internetowe fora to odwieczna licytacja między kobietami (zwłaszcza matkami) o to jaki sposób bycia/życia/rodzenia/karmienia/wychowania jest tym jedynym właściwym. Pomijając oczywisty fakt pt.; 'ilu komentujących, tyle opinii', kobiety na forach używając różnych - często absurdalnych - przykładów próbują argumentować np.: dlaczego kobieta rodząca naturalnie jest prawdziwą matką, a ta która miała cesarkę już nie, dlaczego karmienie butelką jest gorsze od karmienia piersią albo dlaczego jesteś gorszą rodzicielką dając dziecku słoiczki zamiast gotowanej marchewki z parownika, i tak dalej, i tak dalej. Najbardziej jednak zaskakująca - przynajmniej dla mnie - jest sama idea, że jakakolwiek forma opieki nad dzieckiem stawia matki w pozycji lepszej lub gorszej względem pozostałych. .

Prawidłowy wyznacznik 

Każda kobieta chce sobie dobrze ułożyć życie, a każda matka dać swoim dzieciom to co najlepsze i dlatego myślę, że nie najważniejszy jest sposób w jaki do tego dążą, a bardziej liczy się uzyskany efekt. Dlatego zaglądając na fora internetowe i szukając opinii innych powinniśmy pamiętać, że najlepszym rozwiązaniem - najlepszym wyznacznikiem rozwiązania naszego problemu - są nasze własne odczucia. Jeśli czujesz, że miłość wygasła i nie da się nic zrobić - odchodzisz, jeśli nie czujesz się na siłach rodzić naturalnie - umawiasz się na CC, jeśli z jakichś względów nie karmisz piersią - wybierasz butelkę. Nie ma większego znaczenia co o twoich wątpliwościach czy problemach myślą inni ludzie - ważne jaki będzie skutek podjętej decyzji, skutek który ty sama odczujesz. Dlatego jeśli nie jesteś masochistką i nie chcesz dać się obrażać bo robisz coś nieszablonowo czy po prostu inaczej niż pozostali, problemy rozwiązuj u specjalistów, a o opinie pytaj co najwyżej zaprzyjaźnione koleżanki.


Pozdrawiam!

Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

27 lutego 2017

Nic tak nie rozbija związku jak... Dziecko!


Najpierw długie miesiące randkowania, potem zaręczyny, za jakiś czas ślub... Do pełni szczęścia brakuje Wam tylko dziecka? Zanim zdecydujecie się na ten krok, najpierw przeanalizujcie Waszą relację, dlatego że nic tak jak przyjście na świat potomka, nie uwydatnia słabych punktów Waszego związku.


Od czego zacząć?

Kluczem do poradzenia sobie w zaistniałej sytuacji, jest zrozumienie wzajemnych różnic w postrzeganiu nowego stanu rzeczy przez oboje partnerów. Dla każdego z Was nowa sytuacja to również nowe wyzwania, jednak oboje patrzycie na nie z przeciwległych frontów. I jeśli jesteście na początku kryzysu, musicie sobie uświadomić, że pojawienie się dziecka - a z nim zmęczenie, nowe obowiązki, nerwy - wyciągają na światło dzienne wszystkie słabe punkty waszego związku. Jeśli przed dzieckiem przemilczeliście pewne sprawy, to teraz wrócą do Was jak bumerang. A jeśli jesteście na etapie, gdy macie siebie powoli dość - z całych sił dążcie do porozumienia, dzielcie obowiązki i jak najwięcej czasu poświęcajcie sobie wzajemnie.

On nic nie robi przy dziecku

Od zarania dziejów mężczyźni wychodzili z założenia, że skoro kobieta radziła sobie przez 9 miesięcy ciąży, a potem przy porodzie, to równie dobrze nie powinna mieć żadnych problemów z nieustannym zajmowaniem się niemowlęciem. Przejdźmy jednak ze średniowiecza do XXI wieku i powiedzmy sobie jasno: oboje rodzice są tak samo odpowiedzialni za dziecko i w tej sytuacji najważniejsza jest komunikacja. Kobieta musi zdawać sobie sprawę, że jej mężczyzna potrzebuje jasnego i prostego przekazu, więc choćby wzdychała i sapała w nieskończoność, on nigdy nie domyśli się, że powinien w czymś pomóc. Dlatego jeżeli czujesz się przeciążona obowiązkami, które masz przy dziecku, powiedz o tym partnerowi i wspólnie ustalcie jakiś podział. U mnie na przykład wyłącznym zadaniem męża było (chyba od 3 miesiąca) kąpanie Córki i tak zostało do dzisiaj. Młoda uwielbia wygłupy w wannie z tatą, a ja wieczorem mam co najmniej 15 minut ciszy i świętego spokoju.

Kiedy już coś zrobię, ona mnie krytykuje

Przyznaję od razu, że w tym punkcie sama poległam, tak czy siak fakt pozostaje faktem: kiedy oddamy dziecko w ręce taty, choćbyśmy nie wiem jak chciały, nie potrafimy przestać kontrolować sytuacji. "W co ty ją ubrałeś? Nie te śpiochy!", "Pieluchę źle założyłeś?" "A kremem posmarowałeś?" "Nie nalej jej wody do oczu!" to standardowy arsenał pretensji. Wyobraźcie sobie drogie mamy, że niektórzy panowie po prostu boją się robić cokolwiek przy niemowlaku (i w życiu się nie przyznają do tego), a inni mają po prostu jakieś wewnętrzne opory przed "obsługą" maleńkiego człowieka. Co za tym idzie, wieczna krytyka i utyskiwanie wcale nie pomagają, a jedynie wzmagają napięcie między Wami. Nie posmarował dziecku pupy przy przewijaniu - trudno! Założył wyjściowego bodziaka, na którym wylądowała zawartość słoiczka - to nie koniec świata! Skoro już prosisz go o przejęcie obowiązków, to pozwól mu się wykazać.

Jesteśmy rodziną, ale już nie parą

O ile czas dla siebie - każdego z Was osobno - jest bardzo ważny; każde potrzebuje oddechu, kilku chwil by wyrwać się z rodzicielskiego otoczenia i stać się odrębną jednostką, o tyle równie ważny jest czas, który będziecie poświęcać sobie nawzajem. Z doświadczenia wiem, że im mniejsze dziecko, tym trudniej o możliwość wyjścia z domu (nawet jak się ma sztab zastępczych opiekunów), bo karmienie, bo płacz, bo to, bo tamto, jednak trzeba próbować wyłapywać chwile, gdzie będziecie sam na sam dla siebie. Kiedy dziecko zaśnie, odłóżcie pranie i robienie obiadu, na rzecz przytulenia się na kanapie i swobodnej rozmowy, wyciągnijcie zdjęcia, powspominajcie wyjazdy. A jeśli uda Wam się wyjść z domu i pójść na przykład do kina, tym lepiej!

Był seks, nie ma seksu

Tę kwestię należałoby rozłożyć na kilka podpunktów. Po pierwsze: mężczyzna musi pamiętać, że po porodzie hormony szaleją, a instynkt macierzyński zdecydowanie zagłusza libido w kobiecie, trzeba więc na jakiś czas wykazać się cierpliwością, bo naciskanie na partnerkę w niczym nie pomoże. Po drugie: kobieta musi pamiętać, że skoro poświęca 99% swojej uwagi i czasu dziecku, to pozostały dla mężczyzny 1% musi być krótko mówiąc "wypasiony". Po porodzie mężczyźni często czują się odstawieni na boczny tor, dlatego trzeba ich zapewniać że są kochani, potrzebni i nadal dla nas atrakcyjni. Jeśli brakuje wam seksu, nie zapominajcie przynajmniej o romantycznych gestach. Po trzecie: mężczyzna musi zdawać sobie sprawę, że po porodzie a) ciało kobiety nie do końca wygląda jak wcześniej, b) ciało kobiety nie do końca reaguje na pieszczoty jak wcześniej, c) kobieta może czuć się mniej atrakcyjna niż wcześniej, d) kobieta może odczuwać dyskomfort kiedy w trakcie seksu z piersi wypływa jej mleko.

Podsumowując: wiele zależy od dojrzałości związku, wspólnego dążenia do porozumienia, akceptacji pewnych rzeczy oraz zrozumienia dla dzielących was różnic. Pamiętajcie, że kryzys i zmęczenie to stany przejściowe, z którymi łatwiej poradzić sobie we dwoje niż w pojedynkę. Dlatego jako osoba, która sama zaliczyła poważny kryzys związku po pierwszym dziecku (a drugie w drodze) wiem, że jeśli się kocha i chce się być razem, wszystkie problemy da się przezwyciężyć. Razem.



Pozdrawiam!
  

Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

22 lutego 2017

Masz tyle obowiązków, że doba to za mało? Oto 10 sposobów na zaoszczędzenie czasu.



Właśnie zostałaś żoną i ćwiczysz się w roli perfekcyjnej pani domu? A może to macierzyństwo sprawiło, że musiałaś nauczyć się organizacji? Albo jesteś po prostu roztrzepana i nagle postanowiłaś coś zmienić? Jeśli Twoja doba nie jest z gumy, skorzystaj z 10 sposobów na oszczędzenie czasu. 



Rozdziel obowiązki

To pierwsza i najistotniejsza sprawa. Nikt przecież nie powiedział, że musisz wszystko w domu robić sama, dlatego rozdziel obowiązki pomiędzy członków rodziny: mąż może wyrzucać śmieci i wracając z pracy zrobić drobne zakupy, ty możesz zająć się obiadem i odkurzaniem, a jeśli masz w domu co najmniej dwulatka, poproś go o pozbieranie zabawek (zaszczepianie w dziecku poczucia obowiązku od najmłodszych lat procentuje w przyszłości). I tu dobra rada: przydzielając zadania pozostałym domownikom pogódź się z tym, że pewne rzeczy nie będą tak idealnie zrobione jak wtedy, gdy zrobiłabyś to sama. ;)

Gotuj na zapas

Jest to dobry nawyk, nie zależnie czy jesteś matką czy zarobionym pracownikiem korporacji. Wystarczy poszukać w internecie, by znaleźć przepisy na dania, które można przechowywać w lodówce przez dzień, czy dwa i stworzyć z tego na przykład pudełka lunchowe do szkoły czy pracy. I jeśli Twoja rodzina to nie 'francuskie pieski', które potrzebują jeść wykwintnie i co dzień inaczej, zaprzyjaźnij się z przepisami na dania jednogarnkowe i pudełkami do przechowywania. Okaże się, że spędzając w kuchni dwie godziny jednego dnia, będziesz w stanie przygotować posiłki na cztery dni wprzód. Czyż to nie oszczędność czasu? 

Odkładaj rzeczy na miejsce

Mogę się założyć, że masz tak jak ja: jeśli rozejrzysz się po domu, zauważysz stojące w przedpokoju, nieużywane akurat, buty, drobiazgi tu i tam, czy ubrania porzucone na krześle. I to nie prawda, że w szafie ubrania się nie mieszczą, a na krześle zawsze - po prostu brakuje nam nawyku chowania rzeczy na swoje miejsce. Nawyk chowania brudnych naczyń do zmywarki, czy ubrań do szafy oszczędzi nam czasu przy sprzątaniu całego mieszkania i sprawi, że nie będziemy mieć wrażenia ogólnego rozgardiaszu, nim w ogóle za sprzątanie się weźmiemy.

Rób regularny przegląd rzeczy

Dobrym sposobem na zaoszczędzenie czasu, zwłaszcza przy generalnych okolicznościowych porządkach np. na święta, jest regularne pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy. Czy będzie to co sobotę, przy sprzątaniu, czy raz na miesiąc, rób przegląd drobiazgów i zabawek, by od ręki pozbyć się tych zniszczonych lub po prostu niepotrzebnych. Prawda jest taka, że z każdym dniem przybywa nam różnych rzeczy, dlatego warto zawczasu zrobić na to miejsce, by później uniknąć bałaganu.

Co możesz, przygotuj sobie dzień wcześniej

Mój mąż, który nie jest miłośnikiem wczesnego wstawania, wszystko robi rano przed wyjściem do pracy: robi kanapki, czasem gotuje ziemniaki na obiad, prasuje koszule, goli się, itp. W związku z tym, zamiast pospać dłużej, poświęca ponad godzinę na wyszykowanie się do pracy. W tym przypadku dużą oszczędnością czasu będzie przygotowanie możliwie największej ilości rzeczy poprzedniego dnia. W końcu kanapki zrobione wieczorem można schować do lodówki, by zachowały świeżość (razem z obiadem), a wyprasowana koszula może czekać na wieszaku w szafie.

Planuj zadania

Co drugi dzień okazuje się, że musisz wyskoczyć do sklepu po jakieś drobiazgi? Zaplanuj swoje wyjścia z domu. Jeśli widzisz, że kończą się przybory toaletowe albo wędliny w lodówce, planując odebranie dziecka z przedszkola, wyjdź kwadrans wcześniej i odwiedź po drodze drogerię i mięsny. Zamiast wyskakiwać codziennie po kolejny inny drobiazg, zapisuj sobie rzeczy które trzeba kupić i korzystaj z 'przymusowych' wyjść, które musisz danego dnia zaliczyć. .

Unikaj zjadaczy czasu

Prawda jest taka, że grający telewizor bardzo rozprasza w wykonywaniu obowiązków, dlatego dużo lepszym rozwiązaniem jest ustawienie sobie przypomnienia wyłącznie na ulubione programy, które koniecznie chcemy obejrzeć. Podobnie sprawa ma się z mediami społecznościowymi - nic tak nie zjada czasu jak Facebook, dlatego warto w ciągu dnia wyłączyć powiadomienia, a do przejrzenia aktywności znajomych poświęcić 10-15 minut wieczorem. 

Nie dziel sztucznie obowiązków

Doskonale wiem po sobie, że zupełnie bezproduktywne jest dzielenie sprzątania na przykład ze względu na pomieszczenia. Pominąwszy fakt przenoszenia się śmieci, czy latającego kurzu, najzwyczajniej w świecie będzie cię kłuć w oczy, kiedy z wysprzątanego salonu wejdziesz do zastawionej brudnymi garami kuchni. Dlatego kiedy postanawiasz w środku tygodnia ogarnąć salon, poświęć te dodatkowe kilkanaście minut na resztę mieszkania.

Szukaj ułatwień

Każdy poradnik perfekcyjnej pani domu powie, że za wszelką cenę należy sobie życie ułatwiać. Dlatego poza podziałem obowiązków według sympatii (wolisz zmywać, niż odkurzać - tym drugim niech zajmie się mąż) czasem warto pomyśleć o sprzętach domowych, które mogą nam oszczędzić czas i nerwy. Jeśli nikt w domu nie toleruje zmywania, zastanówcie się czy domowy budżet wytrzyma zakup zmywarki lub jeśli ze względu na psią/kocią sierść musisz odkurzać trzy razy w tygodniu może warto zainwestować w robota sprzątającego? 


A Ty jesteś bałaganiarzem, czy może bardziej Perfekcyjną Panią Domu? A może masz jakieś sprawdzone sposoby na dobrą organizację i zaoszczędzenie czasu?



Pozdrawiam!





Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!