15 kwietnia 2017

6 sposobów na to, by zacząć żyć szczęśliwiej!


My kobiety tak mamy, że bardzo lubimy nakładać na siebie różne ograniczenia i na siłę próbujemy zadowolić innych.  Bywają jednak takie momenty, że dochodzimy do ściany i zaczynamy się dusić. Oto kilka prostych sposobów, jak zacząć żyć szczęśliwiej.


Przestań zadowalać wszystkich wokół

Czasem chcemy być tak dobre dla otoczenia, że rezygnujemy z własnego komfortu psychicznego by uszczęśliwić innych. Zgadzamy się na mediacje między skłóconymi koleżankami, choć wcale nie mamy ochoty angażować się w konflikt albo deklarujemy pomoc koleżance z pracy, choć doskonale wiemy że obgaduje nas za plecami. Brakuje nam odrobiny zdrowego egoizmu dzięki któremu zrozumiemy, że uszczęśliwianie innych kosztem samych siebie, powoduje wyłącznie narastanie stresu i frustracji.

Ciesz się swoimi sukcesami

Doskonale wiadomo jak przeważająca większość kobiet reaguje na komplementy czy osobiste sukcesy. Mamy (niepotrzebną) tendencję do umniejszania swoich zasług, czy efektów ciężkiej pracy. Dlatego zdecydowanie powinnyśmy zrozumieć, że jeśli jest coś z czego możemy być zadowolone, to powodów do radości nigdy dość - mamy prawo się cieszyć i to najlepiej na głos.

Przestań porównywać życie znajomych i własne 

Mogę się założyć, że nie jedna z Was podziwiając na fejsie zdjęcia znajomych, miała ochotę usunąć połowę własnych zdjęć zamieszczonych na profilu; zdjęcia ze spaceru w lesie z dziećmi zamiast modnej knajpy, z urlopu na Mazurach zamiast na Kubie... Po pierwsze zrozumcie, że porównywanie się z innymi zawsze wywołuje wyłącznie frustrację, po drugie na pewne rzeczy patrzmy w szerszej perspektywie: może koleżanka odkładała co miesiąc przez rok na tę jedną podróż? A po trzecie, nic nie stoi na przeszkodzie: wyłącz fejsa i zacznij realizować swoje marzenia. ;)

Otaczaj się właściwymi ludźmi i przedmiotami

Co do pierwszej części tego zdania, to wszystko chyba jest jasne: im szybciej usuniesz ze swojego otoczenia ludzi, którzy wysysają z ciebie pozytywną energię, tym lepiej. Jeśli masz 'przyjaciółkę', która na każdym spotkaniu mówi wyłącznie o sobie, należy poszukać kogoś bardziej empatycznego. Podobnie z przedmiotami: jeśli od pięciu lat śpisz na niewygodnej kanapie to postaraj się zrobić wszystko, by zorganizować sobie nową. Nie dość, że będzie ci się podobała, to jest szansa że w końcu porządnie się wyśpisz. 

Spróbuj kontrolować swoje życie

W tym punkcie zawiera się kilka innych. Mówiąc: spróbuj zapanować nad swoim życiem mam na myśli cieszenie się życiem i nie martwienie się rzeczami, na które i tak nie masz wpływu. Do tego zrozum, że jesteś gotowa na kolejny krok i jak najszybciej postaraj się go zrobić. Nie rezygnuj z realizacji marzeń czy planów zawodowych, ale bierz pod uwagę że nie wszystko w życiu zawsze musi się udać. Bądź otwarta na to, co przynosi życie, a jednocześnie doceniaj podwójnie to, co już masz.

Nigdy nie stawiaj siebie na końcu

Ten punkt niech wezmą sobie do serca zwłaszcza matki. Nasze uczucia i potrzeby są tak samo ważne, jak potrzeby naszych bliskich. Myślę, że czasem nawet ważniejsze, dlatego że ilość ról i obowiązków jakie bierzemy na siebie, to często więcej niż jeden pełny etat. Dlatego jak najczęściej róbmy coś dla siebie: wypijmy kawę bez pośpiechu pochylając się nad ciekawym artykułem w gazecie, skorzystajmy z chwili relaksu i samotności kiedy dzieci bawią się z tatą albo odrabiają lekcje, przed świętami zamiast kolejny raz pucować okna, wybierzmy się do kosmetyczki. Drobne przyjemności robią duże różnice.


Pozdrawiam!


Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

11 kwietnia 2017

Jestem w ciąży więc.... Nie mów do mnie tego!


Rozmawiając z ciężarną kobietą większość ludzi będzie starała się prowadzić rozmowę jak z "normalnym" człowiekiem - w końcu ciężarna to nie kosmita. Są jednak takie teksty, które rzucone bezwiednie i mimochodem wyprowadzają przyszłą matkę z równowagi. Przedstawiam poniżej moje ulubione.


"A ty jeszcze nie urodziłaś?"

Nawet nie wyobrażacie sobie od jakiego czasu słyszę ten tekst - a na tę chwilę jestem w 40 tygodniu ciąży - i jak bardzo mam ochotę zamordować każdego, kto się odważy go wypowiedzieć. A zdarza się to wszystkim i nagminnie: paniom w sklepie do którego regularnie chodzę, mojej rodzinie (zwłaszcza bratu), sąsiadkom, koleżankom które wiedzą o ciąży... Pomijam fakt, że moje zmęczenie osiągnęło już szczyt i gotowa byłam rodzić już miesiąc temu, ale z każdym kolejnym dniem ten tekst wyprowadza mnie jeszcze bardziej z równowagi. A czy z tym wielkim bębnem wyglądam jakbym już urodziła?

"Moja koleżanka jest na tym samym etapie i ma mniejszy brzuch."

No właśnie. Od dłuższego już czasu dźwigam przed sobą tę olbrzymią bańkę (gdybym mogła turlać to może byłoby lżej i ten tekst by mnie nie wkurzał tak bardzo) i ani trochę nie mam ochoty słuchać jak ktoś ocenia moje ciążowe gabaryty. Prawda jest taka, że wielkość brzucha w ciąży zależy przecież od wielu czynników: wagi, genów, wielkości dziecka, ilości wód płodowych, i tak dalej. Laicy oczywiście nie mają o tym pojęcia, dlatego wydaje im się, że stwierdzenie "W poprzedniej ciąży miałaś mniejszy brzuch" to w sumie nic wielkiego. Przyznaję się też bez bicia, że z zazdrością patrzyłam na sąsiadkę, która była tydzień przed porodem i wyglądała szczuplej niż ja w 6 miesiącu, ale co zrobisz jak nic nie zrobisz - genów nie oszukasz.

"Planowane?"

To pytanie jest z góry głupie, głównie dlatego że nie ma większego znaczenia dla sprawy. To znaczy teoretycznie nie ma - jeśli żyjesz z facetem w jakimś związku/małżeństwie to takie rzeczy się zdarzają, ale zupełnie co innego jeśli jesteś panną na wydaniu, a kawalera dotychczas w otoczeniu brak. Jaki by nie był kontekst sytuacji, doskonale pamiętam jak do szału doprowadzało mnie, kiedy po kilku miesiącach starania o pierwszą Córkę oznajmiliśmy w końcu wiadomość o ciąży, a moja teściowa usilnie próbowała wmówić nam, że to na pewno była wpadka. Jasne, przecież za materac nam robiła, to wie lepiej. 

"Piątkę dzieci urodziłam, a ty przy drugim już nie dajesz rady?"

Ten tekst to niestety znów analogia do mojej (nomen omen wspaniałej) teściowej, która w ten oto sposób reaguje na informacje, że druga ciąża nie przebiega u mnie tak lekko jak pierwsza. Można by nawet rzec, że pierwszej ciąży za bardzo nie odczułam: pracowałam do końca 8 miesiąca, kiedy to zaczął mi dokuczać kręgosłup, a stopy puchły mi jak szalone. Poród, o czym pisałam TUTAJ, też nie był dla mnie traumą, dlatego na wieść o kolejnej ciąży zareagowałam bez żadnej paniki. Okazało się jednak, że chłopak bardziej daje w kość: pracę skończyłam w 7 miesiącu, buty dwa rozmiary większe noszę od tamtej pory, miałam ciężką infekcję górnych dróg oddechowych, a bóle kręgosłupa, miednicy i pachwin to temat na osobny kolaborat. I doskonale zdaję sobie sprawę, że nasi rodzice i dziadkowie są z innego 'materiału' przez co są prawie że niezniszczalni lecz nie zmienia to faktu, że gdy słyszę ten tekst, mam ochotę wrzasnąć jak pani Rozenek - Majdan...


A jakie są Wasze ulubione teksty? A może zdarzyło Wam się wypalić do ciężarnej znajomej z którymś z powyższych? Czy może po prostu się czepiam i to właściwie nic wielkiego - zwykła ludzka ciekawość?

Pozdrawiam!





Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

5 kwietnia 2017

Czy rozstępy są powodem do dumy?


Zmiany, jakie przechodzi kobiece ciało w ciągu 9 miesięcy ciąży i po porodzie, to wciąż drażliwy temat. O rozstępach i bliznach mówi się rzadko albo wcale, mimo że nie brakuje kobiet, które z tym problemem muszą się zmierzyć.


Wyidealizowany świat

Możemy sobie tylko wyobrazić wyidealizowany świat, w którym każda matka lekką ręką ogarniałaby obowiązki domowe i opiekę nad dzieckiem, a przebyta ciąża i poród byłyby dla niej przyjemnym wspomnieniem. W takim idealnym świecie urodzenie dziecka nie wpływałoby na kobiece ciało (ani psychikę), a po porodzie wszystko wracałoby do normy z dnia na dzień. Kobiety wyglądałyby po porodzie równie dobrze co przed - karmienie przyspieszałoby spadek wagi, bicepsy rosłyby pod ciężarem maluszka, nikt nie widziałby ani obwisłego biustu ani rozstępów. Matki byłyby szczęśliwe, jako kobiety - piękne i zadbane, a dla mężczyzn bezdyskusyjnie atrakcyjne i pociągające. Jednak jak to mówią, pomarzyć dobra rzecz.

Rzeczywistość

Rozstępy powstają w wyniku zmian hormonalnych lub gwałtownego wzrostu wagi i objawiają się w postaci wrzecionowatych, pionowych pasm w kolorze ciemnoróżowym, które z czasem nieco bledną. I choć dzisiejsza kosmetyka zna mnóstwo sposobów na walkę z tymi zmianami skórnymi, począwszy od kremów - których wcieranie na potęgę zaleca się ciężarnym kobietom - przez masaże, zabiegi u kosmetyczki, aż po interwencję chirurga plastyka. Dlatego, kiedy My - zwyczajne kobiety, matki - po porodzie spoglądamy w lustro, mamy nieodpartą ochotę od razu je potłuc. Nie potrafimy pogodzić się z faktem, że urodzenie dziecka obciążyło nasz organizm i pozostawiło na nim trwały ślad. Wynika to poniekąd z tego, że świat zewnętrzny wciąż narzuca nam kanony piękna (o czym pisałam niedawno i innej Notce), do których usilnie próbujemy dążyć. Tylko, czy musimy?

Akceptacja stanu rzeczy

Idąc trochę tropem stereotypów powiedziałabym, że jako kobiety powinnyśmy być świadome, - jeśli nie 'odgórnie przygotowane' - do pełnienia roli żon, matek, babć... A jednak mamy problem z akceptacją swojego ciała i zachodzących w nim zmian. Myślę więc: jak, Drogie Mamy, nauczycie swoje dzieci akceptacji i tolerancji dla innych ludzi? Jak pocieszycie nastoletnie córki, które nie będą chciały patrzeć w lustro nosząc rozmiar M? Czy same będziecie umiały się pogodzić z pojawiającymi się zmarszczkami? Bo chciałabym bardzo, żeby kobiety patrzyły na zmarszczki jak na ślady po szczęśliwych momentach w ich życiu, kiedy uśmiech nie schodził im z twarzy. Chciałabym aby patrzyły na rozstępy na brzuchu jak na dowód ich poświęcenia dla macierzyństwa. 

Czy rozstępy są powodem do dumy?

Żadna zmiana, która oszpeca nasze ciało, nie wywołuje poczucia dumy. Niektóre z blizn możemy bardziej lub mniej zniwelować czy ukryć, są jednak takie na które powinnyśmy popatrzeć z innej perspektywy. Czy pomyślałyście kiedyś o tym, że mężczyźni wracający z wojen, czy pracujący w niebezpiecznych warunkach, mają na ciele mnóstwo blizn? Dodają im splendoru, mówią o ich poświęceniu lub odwadze, są trochę jak medale, którymi mężczyźni się chwalą. Czy i my nie powinnyśmy patrzeć podobnie na nasze ciała? Poświęcenie, przeżywany w trakcie porodu ból - czy to nie świadczy o odwadze? Czy blizny pozostałe po 'walce' o nowe życie są powodem do wstydu czy może do dumy?


I nie zapominajmy o najważniejszym: mężczyźni z ich bliznami są dla wszystkich dookoła bohaterami dokładnie tak samo jak my, Matki, jesteśmy bohaterkami w oczach naszych mężów i dzieci. Całe szczęście ten podziw dla naszego poświęcenia nie ustanie nigdy, niezależnie od ilości kilogramów czy blizn. 


Pozdrawiam!





Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

27 marca 2017

Czy męskość wciąż równa się długość?


Jak dotąd bezsprzecznym synonimem męskości była... długość. W cenie były też muskuły i obowiązkowo kaloryfer na brzuchu. I może jeszcze testosteron używany zamiast perfum i dobry bajer. A może coś się w tej kwestii zmieniło? Co dla dzisiejszych kobiet jest synonimem męskości?


Długość kontra jakość

Zacznę może z grubej rury: długość nie zawsze idzie w parze z jakością, a zdecydowanie na to drugie zaczynają stawiać współczesne kobiety. Po wielkim sukcesie powieści erotycznych, kobiety skonfigurowały swoje oczekiwania względem mężczyzn w sytuacjach sypialnianych. Zdecydowanie nie chcemy już byle jakiego seksu, szybkiego - czyt. "szybko, szybko bo zaraz dziecko...." - byle jakiego, z którego nie wynosimy ani przyjemności ani poczucia bliskości. Męskość w sypialni jakiej oczekujemy, to wyrozumiałość partnera dla naszych fantazji ale i obaw, dla sympatii i antypatii w kwestii gadżetów, zachowań czy wybujałych pozycji z Kamasutry, Dziś liczymy na to, że męskość w sypialni będzie objawiać się tym, że partner będzie chciał zadbać w równym stopniu o nasze zadowolenie, co o swoje.

Pan złota rączka

Krąży po internecie taki obrazek, na którym umięśniony i przystojny facet przybija coś do sufitu, a obok siedzi wpatrzona w niego kobieta. Podpis pod tym obrazkiem mówi: "Nie wiem co on naprawia, ale chcę żeby i u mnie się zepsuło". Cóż, do tej pory niezbitym dowodem męskości były tzw. umiejętności 'złotej rączki'. Męski facet potrafił przybić gwóźdź, wywiercić dziurę w ścianie, wymienić żarówkę czy naprawić cieknący kran. Dziś, do każdej z tych rzeczy możemy wezwać fachowca, bo bardziej zależy nam, by nasz mężczyzna poradził sobie z innymi pracami domowymi. By potrafił wstawić zmywarkę, wstawić pranie (dzieląc wcześniej na kolorowe i białe), by sam umiał uprasować sobie koszule, by odgrzał obiad dzieciom i by nie wpadał w panikę, gdy wyślemy go do drogerii po podpaski.

Męskość jako równouprawnienie

Nasze mamy i babcie przekazały nam system patriarchalny jako jedyny właściwy schemat współżycia w rodzinie. Mężczyzna zajmował się zarabianiem na dom, przybijaniem gwoździ i wpajaniem zasad, natomiast kobieta przejmowała wszelkie obowiązki domowe (w tym uszczęśliwianie pana domu) na swoje barki. Na szczęście mamy dwudziesty pierwszy wiek, gdzie męskość faceta powinna być okazywana przez szacunek i docenienie wkładu drugiej połowy w życie domowe - zamiast osławionego "Siedzisz w domu, mogłaś zrobić...." - oraz godne znoszenie sytuacji, w której to kobieta pnie się po szczeblach kariery. Dzisiejsze kobiety oczekują tego, że ich partner będzie potrafił tak samo utrzymać rodzinę i dom, jak tego, że pozwoli żonie wykazać się zawodowo, jeśli taka zastanie ich rzeczywistość. 

Emocjonalny równa się niemęski?

Do tej pory męski facet to był ten, który aż do bólu ociekał testosteronem. Mało tego, nadal gdzieś funkcjonuje w społecznym myśleniu pogląd, że takiego właśnie faceta kobiety szukają. Na kochanka - może tak, na ojca dla ich dzieci i partnera do życia - niekoniecznie. Męskość, której szukamy na lata nie opiera się na wyprężonych muskułach, bo dużo cenniejsza będzie umiejętność okazywania uczuć i emocji. Nic tak nie rozczula kobiety (a przy tym jest jednocześnie męskie do potęgi 'entej') jak mężczyzna tulący swoje nowo narodzone dziecko. Nic nie jest tak męskie jak emocjonalny ojciec, który cieszy się z pierwszych kroków dziecka, krzyczy radośnie gdy pociecha pojedzie pierwszy raz na rowerze, który prowadzi za rękę przez życie bawiąc i ucząc. Nic nie jest równie męskie, jak umiejętność okazywania uczuć.


A Wy, jak odbieracie dzisiejszą męskość otaczających Was facetów? Czy nadal liczy się długość, czy może jednak jakość? Co współcześni mężczyźni mają do zaoferowania?

Pozdrawiam!

Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

23 marca 2017

Jestem leniwą matką i czasem nie chce mi się zajmować dzieckiem!


Jeśli jakaś matka wmawia Wam, że każdy dzień w życiu jej dziecka wypełniony jest kreatywnymi zajęciami, zabawami i że poświęca się temu w stu procentach i z radością - nie wierzcie. Każdy człowiek potrzebuje chwili wytchnienia i dlatego wyręcza się jak może, choć za nic w świecie się do tego nie przyzna.


Wyręczanie dzieci

Taka już przypadłość matek, że raz wpadłszy w tryb opieki nad niemowlakiem, powielają potem pewne zachowania przy starszych dzieciach. Takie trzy, cztero, pięciolatki są ubierane - mamy wybierają i zakładają spodnie, koszulki, upinają kurtki, naciągają czapki. Mamy pilnują też pór karmienia - spędzając długie godziny na robieniu zdrowych obiadków czy przekąsek. Następnie mamy przede wszystkim pilnują dzieci -  tu nie wchodź bo spadniesz, tego nie bierz bo się ubrudzisz, tego nie dotykaj bo zrobisz sobie krzywdę, i tym podobne. Dzieci za grosz nie mają szansy się usamodzielnić, a nadopiekuńcza mama odpocząć.

Szczęśliwe dziecko to najedzone dziecko

Wiadomo, że najlepiej by było gdyby nasze dzieci jadły tylko zdrowe, nieprzetworzone produkty w formie obiadków przygotowanych przez mamy. Ale nie oszukujmy się; nie zawsze mamy czas, chęci albo wenę na gotowanie wymyślnych obiadów. Moje dziecko w ciągu dnia po haśle "Am!" drepcze do lodówki po kiełbaskę lub kabanosa, za którymi przepada. A kiedy nie mam weny (albo siły, jak ostatnio) na gotowanie obiadów, moja trzylatka zajada się ze mną pizzą. Możecie próbować mnie zlinczować, ale wcale się nie przejmę. Będą takie dni, kiedy zamiast zupy na rosole albo kawałka mięsa, zabiorę dziecko do Maka na frytki.

Zapełniacze czasu

Przyznaję się bez bicia, że im moje dziecko jest starsze i wymaga ode mnie coraz to większego zaangażowania w swoje zabawy, tym większy leń się we mnie budzi. ;) Owszem, czasem spędzamy długie minuty na układaniu puzzli czy bawieniu się domkiem i jego mieszkańcami. Przychodzi jednak czasem taka chwila gdy chciałabym obejrzeć program, przejrzeć fejsika, czy napisać notkę na bloga, bo akurat mam wenę. I niestety rzadko kiedy akurat moja córka ma wenę na to, by się sobą zająć - a potrafi 15-20 minut bawić się samodzielnie - dlatego najzwyczajniej w świecie odpalam jej bajkę. Możecie mnie krytykować, bo mimo że wiem iż telewizja dzieciom nie służy, to świadomie czasem na to pozwalam. No patologia, nie matka.   

Jestem leniwa i dobrze mi z tym

Uwielbiam spać, zwłaszcza teraz na końcówce drugiej ciąży, dlatego zdarza się że budzę się w sobotę po godzinie 9 i widzę jak moja córka siedzi i ogląda bajki na moim telefonie. Nie muszę się rozglądać za mężem, bo zwykle leży obok i smacznie chrapie. Wniosek? Oboje jesteśmy tak leniwi, że wolimy pospać zamiast od bladego świtu organizować dziecku czas i zabawy. Albo po prostu oboje jesteśmy tylko ludźmi, którzy mają lepsze i gorsze dni, są bardziej lub (zdecydowanie częściej) mniej wypoczęci i doskonale wiedzą, że pokłady miłości i czas, który poświęcają dziecku jest w zupełności wystarczający. Mało tego, patrząc jak moja 3 latka cieszy się, kiedy sama włączy sobie bajkę albo pójdzie do kuchni i wyciągnie z lodówki przysmak, a potem wraca i demonstruje swoją 'zdobycz' wiem, że ta samodzielność - albo samowystarczalność - na którą przez swoje lenistwo się zgadzam, wcale nie jest dla niej tak niekorzystna jakby się mogło wydawać.


Pozdrawiam!

Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

17 marca 2017

Mama kontra tata, czyli z kim się lepiej bawić?


Będąc rodzicami roczniaka czy kilkulatka na pewno zauważyliście już, że każde z Was bawi się z dzieckiem nieco inaczej. Zabawy z Mamą są zwykle spokojne i wyważone, natomiast z Tatą dziecko bawi się aktywnie. Czy któreś z Was jest więc lepszym kompanem do wspólnego spędzania czasu?


Mama - synonim cierpliwości

Pisząc, że mamy bawią się z dziećmi 'spokojnie' powinnam użyć raczej słowa 'stacjonarnie'. :) Pomijając mój obecny stan (38 tydzień ciąży), który bardzo ogranicza mnie ruchowo, bawiąc się z Córką wybieram raczej zabawy manualne i zdecydowanie nie wymagające zbytniej aktywności. W co Mama bawi się z Córką? Układamy puzzle - to fajna zabawa, zwłaszcza z perspektywy dziecka, które cieszy się za każdym razem gdy uda mu się ułożyć obrazek. Bawimy się jak to dziewczyny - gotujemy obiady na plastikowej kuchence albo bawimy się domkiem, w którym mieszkają smerfy (które Córka sobie obecnie upodobała). Podobnie jak upodobała sobie również układanie klocków czy zabawę autami lub pociągiem. Ale nie myślcie sobie, że każde z tych zajęć trwa po kilka minut - mama jako synonim cierpliwości bawi się z dzieckiem nawet przez godzinę czy dwie.

Tata - szalony kumpel

Mój Mąż zdecydowanie nie ma cierpliwości, zwłaszcza kiedy podczas wyciskania ciastoliny albo wizytacji smerfów w domku nie bardzo rozumie jakich zachowań oczekuje od niego Córka. Jest za to idealnym kompanem do wszelkich szalonych i wywrotowych zabaw. Jak się bawi Tata z Córką? Czasem, gdy siedzę w wannie i dochodzą mnie dźwięki z zewnątrz zastanawiam się, jaki widok zastanę po wyjściu z łazienki. Ganiają się po mieszkaniu albo grają w piłkę (!), są wiry i świdry i podskoki i podrzucanie pod sufit - wielbione przez Córkę, okupione niemal zawałem przez teściową - przepychanki i boksowanie (a co, myśleliście że tylko chłopcy tak się bawią?) i zabawa w chowanego, gdy najlepszym miejscem do schowania jest szafa. Innymi słowy, z tatą zabawa równa się (nad)aktywność. :)

Zabawy z dziećmi to nuda?

Dzisiejsi zapracowani rodzice często próbują wynagrodzić dzieciom swoją nieobecność lub brak wystarczającego zaangażowania w zabawie, która najzwyczajniej ich nudzi. Jak to robią? Zwykle poprzez...kupowanie zabawek właśnie. Kupujemy dzieciom coraz bardziej wymyślne zestawy klocków, licząc że poziom 'skomplikowania' sprawi, że nasza pociecha zajmie się tym chwilę dłużej niż zwykle, a my będziemy mieli czas na inne obowiązki lub na chwilę oddechu po pracy. Kupujemy 'udziwnione' lalki - jeżdżące na wrotkach, puszczające bańki, z opcją farbowania włosów trochę dlatego, że brakuje nam cierpliwości i spontaniczności by dać się wciągnąć w zabawę, którą kieruje nasz maluch licząc po cichu, że kreatywna zabawka to wystarczające zastępstwo. W końcu decydujemy się na kupno zabawek edukacyjnych, wychodząc z założenia, że skoro już musimy poświęcać czas na zabawę, to warto by przyniosła dziecku jakieś wymierne korzyści.

Złoty środek

Co więc jest dla dziecka najlepsze? 'Małpie harce' czy zabawa w 'dom'? Patrząc na swoje dziecko powiedziałabym, że jedno i drugie, o ile jako rodzice poświęcamy tym zajęciom sto procent swojej uwagi. Nie pytajcie skąd wiem, bo odpowiem, że po prostu to czuję i widzę. Gdy poświęcam się zabawie w całości, nie zerkając co chwila na telefon czy w telewizor, moja Córka to docenia. Reaguje radośnie na moje zaangażowanie i poświęcaną jej uwagę. Podobnie jest z wygłupami, które wyczyniają z tatą - nie ma znaczenia, czy robią to dziesięć minut, czy godzinę - Córka jest roześmiana i zawsze domaga się więcej. Co my z tego mamy, jako rodzice? Poza budowaniem więzi z dzieckiem, mamy szansę obserwować jego reakcje na różne sytuacje i przede wszystkim przekazanie wartości i zasad dla nas istotnych. W końcu nie ma dla dziecka lepszej nauki, niż podpatrywanie rodziców w codziennych zachowaniach, czyż nie? 


A Wy, jak bawicie się ze swoimi dziećmi? Czy zdarza Wam się wyręczać przy pomocy kreatywnych zabawek lub gadżetów?


Pozdrawiam!




Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

13 marca 2017

Nie chcę gości na porodówce!


Pojawienie się dziecka jest niesamowitym przeżyciem zarówno dla rodziców jak również ich najbliższych, którzy chcą jak najwcześniej poznać nowego członka rodziny. Czy jednak wizyty na porodówce są tym, czego potrzebują świeżo upieczone mamy?


To się więcej nie powtórzy

Pierwsze chwile z noworodkiem to wyjątkowe momenty dla każdego z rodziców, dlatego powinny być celebrowane zdecydowanie w okrojonym gronie. Czas, w którym tworzy się prawdziwa bliskość między rodzicami, a dzieckiem; pierwsze karmienie, pierwsze przewijanie, pierwsze kroki w tworzeniu relacji rodzic-dziecko. Mało tego, pierwsze (troszkę nieudolne) kroki w rodzicielstwie to coś, do czego chętnie się wraca pamięcią, gdy dziecko podrośnie. Do dziś mój mąż z rozrzewnieniem wspomina jak przecinał pępowinę po porodzie córki, czy jak przy pierwszej zmianie pieluszki został obsiusiany. I wielu przyszłych rodziców początkowo sądzi, że po porodzie będą chcieli wykrzyczeć całemu światu swoją radość, a jak się później okazuje zdecydowana większość woli zachować te chwile dla siebie.

Oddział to nie wczasy

Przyszli rodzice, jak i ich potencjalni goście, powinni zdawać sobie sprawę, że porodówka to nie kurort ani wczasy, nawet jeśli młoda mama zostanie ulokowana na sali tylko z jedną współlokatorką. Warto pamiętać, że przede wszystkim pierwsze dni to czas, gdy ciało kobiety musi się nieco zregenerować po porodzie. Szalejące wciąż hormony powodujące spadki nastroju, wietrzenie krwawiącego wciąż krocza (zalecane przez położne), obolałe ciało czy pierwsze próby przystawienia dziecka do piersi to rzeczy, z którymi młoda mama mierzy się jeszcze w szpitalu. Przebrnięcie przez ten etap może być trudne, gdy co chwilę mamy gości. Dodatkowo, jeśli kobieta miała długi i trudny poród lub jeśli noworodek jest nerwowy i często płacze, młoda mama marzy głównie o tym by odpocząć, więc przydatniejszy będzie jeden pomocnik, który da jej tę możliwość przejmując opiekę nad noworodkiem. 

Porodówkowy savoir-vivre

Należy pamiętać, że jeśli nie mamy tego szczęścia by przebywać w sali jednoosobowej, powinniśmy liczyć się z odczuciami innych osób. Jeśli nie potrafimy lub nie chcemy odmawiać rodzinie, powinniśmy zachować umiar w liczbie gości (przebywających na raz) oraz ograniczyć czas ich przebywania na sali. Mówię o tym z doświadczenia, ponieważ o ile ja po pierwszym porodzie ograniczyłam się wyłącznie do obecności męża, o tyle u mojej współlokatorki (której dziecko prawie nie przestawało płakać) przebywało przez cały dzień od 4 do 6 osób. Warto również wziąć pod uwagę, że o ile ze względu na powyższe poporodowe obstrukcje, nawet jeśli nie przeszkadza nam obecność członków naszej rodziny, może być ona krępująca dla drugiej mamy (przykładowo, gdy twoi bracia nawet nie próbują się odwrócić, gdy twoja współlokatorka próbuje nakarmić dziecko). O kwestiach takich jak kwiaty i prezenty, głośne rozmowy i wiecznie dzwoniące komórki nie muszę chyba wspominać?

To ty decydujesz

Ponieważ przede mną drugi poród, po raz kolejny zapowiedziałam rodzinie, że jedyną wizytującą mnie osobą będzie mąż. Jedni podeszli do tego z większym, a inni (czyt. moja mama) z mniejszym zrozumieniem. I spodziewam się, że jeśli za chwilę rodzicie, to niektóre z Was na pewno będą mogły liczyć na kilka dni spokoju, zaś inne (tak jak ja) mogą spodziewać się gości przebierających nogami na wycieraczce jeszcze nim zdążą wrócić z maluchem ze szpitala. Niezależnie od tego, czy jakakolwiek argumentacja przemówi do twoich potencjalnych gości pamiętaj, że masz prawo odmówić im wizyt na porodówce, a oni muszą twoją decyzję uszanować. 


A jakie są Wasze doświadczenia z porodówki? Przyjmowałyście gości czy raczej zdecydowałyście się na obecność tylko jednej bliskiej osoby? A może wszystko jeszcze przed Wami?


Pozdrawiam!





Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

10 marca 2017

Podwórko kiedyś i dziś, czyli jak my to właściwie przeżyliśmy?


Osiedlowe podwórka sprzed piętnastu, dwudziestu lat tętniły życiem. Pełnie rozkrzyczanych małolatów rozbiegających się we wszystkie strony w niczym nie przypominają dzisiejszych opustoszałych placów zabaw. Czym się różnią? Czy dawne podwórka miały dzieciom coś więcej do zaoferowania?


Na podwórku toczyło się życie

Gdybyście sięgnęli pamięcią wstecz i przypomnieli sobie dzieci biegające po podwórku sprzed piętnastu czy dwudziestu lat doszlibyście zapewne do kilku oczywistych wniosków. My, dzisiejsi trzydziestolatkowie, byliśmy wychowywani zdecydowanie niepodręcznikowo, zdecydowanie niesterylnie. Uczyliśmy się jeździć na rowerze co i rusz lądując w krzakach i nikt nie wspominał o kasku czy ochraniaczach. Wchodziliśmy (i spadaliśmy) na drzewa, kopaliśmy gołymi rękami w piasku, do którego czasem robiły piwniczne koty i nikt nie panikował, że skończymy z wścieklizną. Do zabawy wystarczyło nam własne towarzystwo, ewentualnie patyki, kubki po lodach czy inne proste zabawki. Podwórko żyło naszą obecnością, krzykami radości, a do zabawy najlepsza była wyobraźnia. 

Dzieci były samodzielne

Dzieci lat 90 (te które znam) nie miały niań i opiekunek. Opiekowało się nami podwórko albo opiekowaliśmy się sami sobą. Zostawałam z młodszym bratem i nikt wtedy nie pomyślał, że mogłabym puścić chałupę z dymem, czy że któreś z nas się uszkodzi. Nie było dywagacji nad zagrożeniami czyhającymi na dzieci w domu lub poza nim. Dzieci samodzielnie (jak ja) wędrowały do przedszkola nie martwiąc się, że na ulicy potrąci je samochód, czy zostaną porwane dla okupu. I choć dwa razy zaliczyłam zerówkę (do dziś nie wiem czemu), nie poddawano w wątpliwość mojego rozwoju czy poziomu intelektualnego. Byliśmy dziećmi "z kluczem na szyi" i gdy wracaliśmy ze szkoły a rodziców nie było w domu, zostawaliśmy sami albo szliśmy do zaprzyjaźnionej sąsiadki  i nikt nie sugerował, że rodzice zaniedbują nas zdając na łaskę obcych ludzi. 

Dziś podwórko to nuda 

Dzisiejsze place zabaw są nowoczesne, odmalowane i maksymalnie bezpieczne. Mają gumową ściółkę, na której dzieci nie zetrą kolan i siatki zabezpieczające przed upadkiem, Są też wyposażone w najlepszych asekurantów pod słońcem w postaci mamuś, które swoich dzieci nie spuszczają z oczu nawet na chwilę. Chronią je przed upadkiem, pomagają się wspinać, próbują zintegrować swoje pociechy z pozostałymi dziećmi. Ale i dzieci na placu zabaw są dzisiaj inne: ledwo kroczące niemowlaki obstawione dookoła kolorowymi i atrakcyjnymi zabawkami - a nad nimi matki z mokrymi chusteczkami w pogotowiu albo przedszkolaki nadzorowane przez rodziców z pozycji ławeczek. Nie uraczysz już hałaśliwych dziesięciolatków wolących siedzieć przed tabletami czy konsolami, które nie używają już wyobraźni, bo wszystko mają podane na tacy.

Jak my to przeżyliśmy

Patrząc wstecz, powinniśmy się zastanawiać, jakim cudem w ogóle przeżyliśmy. Wychowało nas podwórko, na rany wystarczyła woda utleniona i plaster i nikt nie jechał do szpitala z poparzonymi od czajnika palcami czy rozbitą na huśtawce głową. A mimo to, my sami jesteśmy rodzicami nadopiekuńczymi. Z jednej strony nie możemy się doczekać kolejnych przejawów samodzielności naszych dzieci, z drugiej zaś próbujemy je we wszystkim wyręczać lub nadzorować. Asekurujemy przed upadkiem z huśtawki, dezynfekujemy upiaszczone dłonie nim odruchowo trafią do buzi, otaczamy je płaszczem ochronnym, który ma je zabezpieczyć przed złem tego świata. Jednak realia się zmieniły, świat stał się bardzo nieprzystępny i agresywny - dzieci są atakowane przez treści płynące z telewizji, zaszczute przez nietolerancję rówieśników, a ich poczucie bezpieczeństwa również nie może się równać z tym sprzed dekady czy dwóch. Czy więc dalibyśmy radę wychować w dzisiejszych czasach nasze dzieci tak, jak sami byliśmy wychowywani? Obawiam się, że nie.


Czy podwórka lat dziewięćdziesiątych pozostaną tylko wspomnieniem? Czy w dzisiejszym świecie wystarczy wyłącznie odpowiednia dawka zaufania względem dziecka? Jakie jest Wasze zdanie?


Pozdrawiam!






Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!

6 marca 2017

Bez retuszu ani rusz, czyli o tym jak zdominowała nas chęć bycia pięknymi.


Zdecydowana większość kobiet w swoim życiu prowadzi odwieczną walkę, w której polem bitwy jest ich własne ciało, a stawką akceptacja ze strony otoczenia i dołączenie do grona pięknych i podziwianych. Jednak czy to jest właściwe 'piękno' o które warto walczyć?


Rzeczywistość telewizyjna

Widzisz ją w telewizji; dwa tygodnie po porodzie paraduje po czerwonym dywanie w sukience, której bardziej nie ma niż jest. Ma szczupły brzuch, cycki na swoim miejscu i nic jej nigdzie nie zwisa. I słuchasz jak opowiada przed kamerą, że ta figura to od tak sobie albo że poród to nic wielkiego, zdążyła urodzić między nagraniem a wywiadem i w sumie nie przytyła prawie wcale. Wybałuszasz oczy, gdy mówi, że jej idealne, przesypiające noce dziecko pozwoliło jej wrócić do pracy po dwóch tygodniach i spędzać tam po 12 godzin dziennie. Oglądasz dalej i widzisz jak w reklamach telewizyjnych kremy dla kobiet 50+ reklamują ledwie trzydziestolatki, a stroje sportowe czy odżywki polecają ci anorektyczki. I nikt głośno nie wspomina o operacjach plastycznych, choć kliniki medycyny estetycznej wyrastają jedna za drugą.

Rzeczywistość fizjologiczna

A kiedy wyłączysz telewizor i spojrzysz na siebie w lustrze, następuje zderzenie dwóch światów: tego idealnego z telewizji, pełnego retuszu i photoshopa oraz tego prawdziwego, w którym nikt nie jest idealny i bez wad. I nie ma znaczenia, czy jesteś nastolatką, studentką, kobietą po porodzie czy przed, kiedy patrzysz na siebie od razu to widzisz: tu i ówdzie jakieś piegi, włosy nie w tym kolorze co trzeba, cellulit na udach, jakieś rozstępy, biust o wiele za mały i jeszcze parę nadprogramowych kilogramów. I chociaż coraz głośniej trąbią dookoła, że naturalność jest w cenie i grunt to polubić siebie, Ty czujesz głównie niezadowolenie i złość oraz ten niepisany przymus, by jak najszybciej się zmienić.

Właściwy tok myślenia

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, polubić siebie to nie to samo co zaakceptować. Do akceptacji kobiety dojrzewają latami, zostawiając hektolitry potu na siłowniach, męcząc się na dietach, wydając fortunę w salonach kosmetycznych i u chirurga plastycznego. I choć z jednej strony krzyczą "Mam dość przymusu bycia ładną, chcę być sobą!" to wciąż tkwią w niewoli kompleksów; życzliwe koleżanki doradzają nam, że parę kilogramów mniej przyciągnie do nas upragnionego faceta i nawet te panie, które nie mają sobie nic do zarzucenia, zawsze znajdą w sobie coś, co chciałyby poprawić. To właśnie pozwala mi twierdzić, że kobietom wciąż bardziej zależy na zachwycie ze strony otoczenia niż na własnym dobrym samopoczuciu. 

Prawdy objawione

Ponieważ sama mam córkę, a do tego zaliczam się do grona kobiet, które znajdą u siebie to i owo do poprawki jestem przekonana, że takie rzeczy jak poczucie własnej wartości, dystans do siebie czy podejście do szeroko rozumianego 'piękna' powinno być przekazywane z pokolenia na pokolenie w formie kilku prawd objawionych. Pierwszą prawdą objawioną jest fakt, że mężczyźni (w przeważającej większości) romansują z idealnymi kobietami, ale na lata wiążą się z tymi, które mają do zaoferowania coś więcej, niż tylko wygląd zewnętrzny. Drugą prawdą jest świadomość, że uroda kiedyś przeminie i choć dbanie o powierzchowność jest jak najbardziej wskazane, to nie powinno nas zdominować. Trzecią prawdą jest to, że bycie pięknym nie opiera się wyłącznie na wyglądzie, a kobiecość to nie są wyłącznie bujne kształty i odpowiednie wymiary; piękni ludzie to ci, których towarzystwa się łaknie niezależnie od tego jak wyglądają. I ostatnia prawda objawiona jest taka, że choćbyś była miss, zawsze znajdzie się ktoś, kto dostrzeże w Tobie jakieś mankamenty. Czy nie lepiej byłoby więc sugerować się opinią tylko jednej osoby czyli siebie samej?


A Ty? Gonisz za pięknem zewnętrznym? A może raczej nie masz problemu z pewnością siebie?

Pozdrawiam!



Jeżeli podobał Ci się ten post, daj mi znać... Zalajkuj!
If you like this post, like it!